Jako że było to w okolicach Wigilii, śledzie właśnie przyniosłam do domu i zastanawiałam się, jak je w tym roku przyrządzić. Oczywiście lenistwo zwyciężyło, kupiłam takie gotowe płaty, lekko solone. Część zrobiłam klasycznie, z cebulą i w oleju, z dodatkiem octu jabłkowego. A resztę pokroiłam w paski, posypałam świeżo startą gałką muszkatołową i pokropiłam aceto balsamico, polałam oliwą z oliwek i na samym końcu, pod wpływem natchnienia, dodałam rodzynki i migdały krojone w piórka. Wymieszałam i wstawiłam do lodówki. Niech się dzieje wola nieba. Dwa dni potem odważyłam się spróbować. Dziw, że nie pożarłam wszystkiego na raz. I pojęłam potęgę aromatu aceto balsamico zwanego także aceto di Modena.
Pisała o aceto balsamico Agnieszka Kręglicka w "Wysokich obcasach". Zaciekawiła mnie opowieśc o occie, który dojrzewa latami w specjalnych beczkach i którego najlepsze nastawy sprzedawane są na wagę złota. Na szczęście istnieje także wersja popularna; nie tak wyrafinowana, ale i nie tak kosztowna. Traf chciał, że ujrzałam w sklepie buteleczkę aceto di Modena. Tani nie był, ale nie potrafiłam się oprzeć, kupiłam. No i oczywiście zaczęłam szukać wspomnianego artykułu na temat. Kamień w wodę. Tak wiec skazana zostałam na własny pomyślunek. I wymyśliłam chyba nie najgorzej, śledzie zrobiły furorę.

